info@auta-z-niemiec.com

781 969 747

euautoczesci.pl

JEŚLI SZUKASZ:

  • naprawdę bezwypadkowego auta z Niemiec, ze sprawdzoną historią
  • z niecofanym, 100% oryginalnym przebiegiem
  • z pewnego źródła od uczciwego sprzedawcy aut z Niemiec
  • profesjonalnie przetestowanego przed zakupem
  • w nienagannym i zweryfikowanym stanie technicznym
  • z gwarancją bezpiecznej transakcji i zwrotu samochodu

DALEJ JUŻ NIE SZUKAJ... TYLKO NAPISZ DO NAS! ==>

BŁYSKAWICZNY KONTAKT - napisz do nas, a za max. 24 godz. otrzymasz odpowiedź!

Jak oszukują polscy handlarze?

1. Kręcenie licznika. Klasyka handlarskiego oszustwa.

Prawie żadne ze sprzedawanych w Polsce sprowadzonych z Niemiec aut nie ma więcej na liczniku niż 200 tys. km przebiegu. Dlaczego? Bo to magiczna granica – polscy klienci niechętnie kupują auta z przebiegiem powyżej 200 tys. km, wierząc naiwnie, że 10-letni passat (diesel) może mieć 150 tys. km. Oczywiście, że może i takie okazje się w Niemczech trafiają, ale kosztują wtedy nawet 2 razy więcej od podobnego egzemplarza z przebiegiem 300 tys. km. A do Polski trafiają głównie ten drugi rodzaj aut – z przebiegiemi znacznie powyżej 200, 300, a nawet 400 i 500 tys. km. W Polsce licznik jest cofany nawet czasem już tuż po przekroczeniu granicy (patrz: wideo).

W Polsce samo cofanie liczników nie jest karalne – nazywa się je „korektą”. Przestępstwo jest dopiero wtedy, gdy handlarza złapie się na tym, że umyślnie wprowadził w błąd nabywcę auta co do stanu licznika. Czyli trzeba udowodnić mu cofnięcie licznika i kłamstwo, co jest bardzo trudne, bo handlarz zawsze może się tłumaczyć, że on już "takie auto kupił". Jak się nie złapie za rękę, że kręcił, sprawy nie ma.

 

2. Auto powypadkowe lub „angliki”. Prawdziwa plaga.

Kto ma chwilę, zapraszam na przejście graniczne z Niemcami, np. w Świecku. Policzcie, ile lawet wjeżdża do Polski choćby tylko w ciągu 1 godz. i ile z tych aut jest „strzelonych”. Lawety jadą nie tylko z Niemiec, ale również z Belgii, Francji czy Szwajcarii, gdzie takie samochody można kupić po naprawdę atrakcyjnych cenach. Z bitymi bokami, przodami, tyłami, rozwalonymi kokpitami, maskami – w Niemczech jako sprzedawane jako „totalschaden”, czyli „szkoda całkowita”, a w Polsce przeżywają drugą młodość. Trafiają najpierw do warsztatów, gdzie są naprawiane, ale dużo częściej tylko "picowane", a potem do internetu, na portale ogłoszeniowe, gdzie czekają na swoich nowych właścicieli, szukających okazji cenowych.

3. Umowa „na Niemca”.

Służy nie tyle oszukaniu nabywcy auta, co przede wszystkim uniknięciu przez handlarza odpowiedzialności za auto i konieczności zapłacenia podatku - ale również może być powodem poważnych kłopotów. Umowa „na Niemca” to umowa kupna-sprzedaży samochodu spisana pomiędzy polskim nabywcą auta a ostatnim jego właścicielem po stronie niemieckiej wpisanym w niemieckie dokomenty – dowód rejestracyjny i tzw. duży brief. Oczywiście ten Niemiec zupełnie nie ma świadomości, że „podpisuje” umowę z jakimś polskim nabywcą – jego dane są tylko wykorzystywane, po to, by handlarz uniknął odpowiedzialności za auto (jeśli wyjdą później jakieś historie z autem) lub po to, żeby nie zapłacić podatku od transakcji. Podczas rejestracji auta w Polsce nikt nie zwróci uwagi na taką „lewą” umowę, bo żaden urząd ich nie bada. Problemy mogą pojawić się później, w sytuacji, gdy nastąpi jakieś zdarzenie typu wypadek czy kradzież auta. Wtedy ubezpieczyciel może sprawdzić umowę - zdarza się, że firmy ubezpieczeniowe kontaktują się z Niemcami widniejącymi na takich umowach. Jeśli ten Niemiec zaprzeczy, że sprzedał auto osobie, której skradziono auto - polski ubezpieczyciel uzna, że umowa jest nielegalna i może odmówić wypłaty odszkodowania. Uwaga! Były takie przypadki w Polsce.

4. Auta kradzione.

Co tu więcej tłumaczyć? Niestety, nadal się to zdarza - szczególnie przy autach drogich i bardzo drogich.

5. Nierozliczony VAT.

Wyższa szkoła jazdy i bardziej wysublimowany rodzaj oszustwa. Polega on na kupieniu auta po stronie niemieckiej w cenie netto, bez naliczonego VAT-u (w Niemczech to 19 proc.). Takie transakcje są możliwe w ramach tzw. nabycia wewnątrzwspólnotowego – polska firma może kupić auto od firmy niemieckiej, nie płacąc VAT-u w Niemczech, a będąc zobowiązanym do jego zapłacenia w Polsce. Oszuści kupują auta w cenie netto na podstawione firmy tzw. słupy i oczywiście nigdy nie rozliczają się z VAT-u po stronie polskiej. Sprzedają dalej te auta albo na umowę „na Niemca” albo na tzw. fakturę VAT-marża. Takie oferty można poznać po tym, że często są tzw. okazjami cenowymi niższymi o ok. 20 proc. (czyli właśnie o niezapłacony VAT) i sprzedawane są „na Niemca” lub z f-rą VAT-marża. Niemieckie i polskie służby finansowe coraz sprawniej ze sobą współpracują i coraz częściej zdarza się, że takie auta są w Polsce namierzane: idąc od niemieckiego sprzedawcy, który sprzedał samochód w kwocie netto, po łańcuszek pośredników, którzy dokonują oszustwa, po ostatecznego polskiego nabywcę, który okazuje się na koniec tym najbardziej poszkodowanym, bo to on jest obciążany obowiązkiem uiszczenia niezapłaconego w Niemczech VAT, łącznie z kosztami postępowania, odsetkami itd. A auto w takich sytuacjach może zostać zatrzymane przez "skarbówkę" jako dowód w postępowaniu karno-skarbowym.

6. Demontaż wyposażenia.

Drogie radio, dodatkowy komplet opon, nowy akumulator? Nie ma co liczyć na to, że handlarz w sprowadzonym z Niemiec aucie zostawi takie bogactwa następnemu właścicielowi. Wszystko, co cenniejsze i da się wymontować, to wymontuje i sprzeda przez internet. Nie ma się co czarować. A i zdarzają się takie sytuacje, że handlarze podmieniają części w samochodzie już zakupionym przez polskiego klienta, gdy ten spuści go na chwilę z oka.

7. Osobną kategorią oszukiwania polskich klientów jest wmawianie im, że z komisu można autem wyjechać "na kołach".

Nie można, nie ma takiej możliwości. Po Polsce można się poruszać jedynie na polskich tablicach rejestracyjnych (stałych lub próbnych), niemieckich krótkoterminowych (tablice z czerwonym lub żółtym paskiem) i niemieckich stałych tablicach. Te ostatnie są jednak wielką rzadkością, bo tylko naprawdę niewielki odsetek Niemców zgadza się oddać swoje tablice Polakowi, które kupuje od niego auto. Handlarze najczęściej wmawiają ludziom, że to właśnie takie tablice (od Niemca). Łatwo to sprawdzić: takie tablice muszą mieć nalepki legalizacyjne, które najczęściej są zdrapane. Jeśli takie tablice są ważne, na pewno w niemieckim dowodzie rejestracyjnym nie znajdzie się adnotacja o wyrejestrowaniu auta. Jeśli taka adnotacja jest wpisana, to uwaga: tablice są nieważne.Takie nieważne tablice łatwo w Niemczech zdobyć. Niemcy, gdy wyrejestrowują swoje auta w wydziałach komunikacji, najczęściej sami zdrapują legalizacyjne nalepki (są do tego specjalne, samoobsługowe stoiska), a unieważnione tablice wyrzucają do koszy obok. I właśnie w tych koszach zaopatrują się nasi polscy handlarze.

Oprócz już nieważnych tablic handlarze wciskają nieświadomym ludziom tzw. wyklejanki, czyli plastikowe podróbki niemieckich tablic. Do tego namawiają do wykupienia ubezpieczenia za 50 zł, twierdząc, że tak można jechać do domu. Nic bardziej mylnego i nic bardziej groźnego. Ubezpieczyciel oczywiście sprzedaje takie ubezpieczenia, bo ma w tym interes, ale żadnej odpowiedzialności za to nie bierze. Bo ubezpieczenie działa tylko w momencie, gdy auto jest zarejestrowane (a przecież nie jest) i gdy jest prawnie dopuszczone do ruchu, czyli ma ważny przegląd techniczny (a najczęściej nie ma). Jazda takim autem jest bardzo niebezpieczna. Najmniejszą nieprzyjemnością, jaka może nas czekać, to mandat od policji, zakaz dalszego ruchu i konieczność organizowania lawety do przewiezienia auta. Naprawdę duże kłopoty pojawiają się przy kolizji czy wypadku, gdzie jako nieubezpieczony sprawca zostaniemy obciążeni kosztami napraw z własnej kieszeni, a przy - nie daj Boże - ofiarach wypadku zostaniemy pociągnięci do odpowiedzialności karnej, niestety z odsiadką włącznie.